Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzystencjalnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzystencjalnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lutego 2016

To ja opowiem. Chcesz? (...) Byłam dzisiaj na spowiedzi. Jak przyszłam do kościoła to jeszcze pusto było. Pierwsza ustawiłam się w kolejce przed konfesjonałem. I tak czekałam, czekałam. I myślałam co powiem. Przypominałam sobie ten wierszyk, co go mówię od komunii, tylko na starość pozamieniałam niektóre słowa na ładniejsze. No i przyszedł ksiądz którego nikt nie lubi. Myślę sobie "będę dzielna, niech mówi co chce, spłynie po mnie jak po kaczce". No i z wyobrażoną kaczką przed oczami weszłam do konfesjonału i powiedziałam wierszyk. Trochę się zacięłam jak zawsze, ale to tylko dodaje wiarygodności. Skończyłam mówić i czekam na pokutę. A ksiądz mi odpowiada, że jestem bardzo wrażliwą osobą. Bo moje grzechy to mniej więcej coś w tym stylu: nie szanowałam rodziców, kłóciłam się z siostrą, zazdrościłam, byłam leniwa, nie modliłam się itd. I zwrócił uwagę tylko na to ostatnie. Że mam znalezć miejsce dla Boga. I za pokutę mam się dzisiaj pomodlić. Ale nie tak, żeby powiedzieć wierszyk, w który i tak nie wierzę. Tylko opowiedzieć Bogu swój dzień. I tak cały dzień myślałam co Bogu opowiem. I dalej myślę. (...) Nie uważam, że pokuta to kara. Zresztą ja do wiary podchodzę w inny sposób. Ale od kiedy nikt mnie do kościoła nie wozi i sama muszę co niedzielę przejść te kilka kilometrów tam i z powrotem to inaczej do tego podchodzę. I tak nie mam pojęcia o czy oni tam czytają. Nawet jak się skupiam na tym czego słucham to i tak nic z tego nie zapamiętuję. Tylko tam sobie siedzę. I myślę. Kościół to jest idealne miejsce do myślenia. A potem jak wracam do domu to zawsze się czuję taka lżejsza. A tylko tam siedziałam. Jak teraz chodzimy co wieczór na modlitwy za ciocię, to kompletnie nie wiem o czym oni tam mówią. O czym śpiewają. Nie rozumiem tych wierszyków. Nawet mnie śmieszą. Dziesięć razy powtarza się to samo i to ma coś dać. (...) Taa. Wolę siedzieć cicho i myśleć. (...) Wiem. Tak mi się wydaje, że wierszyki wymyślili po to, żeby łatwiej było nawróconym. Bo pewnie nic nie rozumieli, to przynajmniej klepali zdrowaśki i jakoś tak ich to umacniało. No tak to działa, jak w coś wierzysz to tak jest. Tak zwana siła sugestii. Ale ja nie umiem w wierszyki. Dobrze mi ksiądz powiedział. Ja muszę opowiadać. Tylko tego nie robiłam, bo myślałam, że nie ma czego. A jak już opowiadałam, to tylko narzekałam. I przy okazji płakałam. I nic dobrego to nie przynosiło. Za dużo płaczę. Dzisiaj postaram się nie płakać. (...) Nie. To przeze mnie. Bo jestem bardzo wrażliwą osobą. (...) Poszłam do księdza a czuję się jak po wizycie u psychologa. Nigdy nie byłam u psychologa, ale to chyba podobnie wygląda.

niedziela, 13 września 2015

Granatowy pła(sz)cz

Nie mam zdrowia do jesiennych spacerów, a tak mi dobrze świadomie wejść w kałużę. Doczekać się nie mogę złotych liści pod stopami i nad głową. Przynajmniej rano już pachnie znajomą wilgocią. Ostatnie maliny rozsypują mi się w palcach. Futrzany rudzielec koloruje mi poranki, budzi przedwcześnie, łapką pociera policzki. Potrzeba mi takiego zwierzęcego przejawu miłości.
Obym i z tegorocznej jesieni miała tyle wspomnień. Para nad herbatą przypomina pierwsze spotkanie, chłód parkowej ławki pierwszy pocałunek. Gdzieś po drodze stałam się dorosła i inaczej teraz kocham. Tak na zawsze bym już chciała.
W wyobraźni mam film noir z jazzową oprawą. Polubiłam kapelusze, szminkę i bordowe paznokcie. Piękną siebie nie nazwę, ale łatwiej mi spojrzeć w lustro. Wreszcie widzę kobietę kochaną i pożądaną.
Ostatnio tylko herbatę pijam, jak na ironię po kawie mi senniej. Odprowadzam dzieci do przedszkola, tak w ramach wstępu do macierzyństwa. Obawiam się czasami, ale pewna jestem, że chcę kiedyś nosić aniołka pod sercem. Tylko jeszcze nie teraz. Siostrzeńcom się podoba, a mnie miło być nazywaną kochaną ciocią. Tylko co mi po tym, skoro stałam się okropną córką niepełnosprawnego ojca, obciążoną pełnomocnictwami i rachunkami do spłacania. Nie tak miała wyglądać dorosłość. Bardziej niż studia przeraża mnie tylko życie. Jeszcze polubię matematykę, zrozumiem rachunkowość, bo w biurokracji jest przyszłość i gdybym już była te trzy lata mądrzejsza, to pracę miałabym od miesiąca. Tymczasem sobie marnuję poświęcam ten miesiąc płaczu w poduszkę i beztroskiemu chorowaniu.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Mam herbacianą chwilę i znajomy ból. Tak pachnie wanilią z miodem, a tak ciężko swobodnie odetchnąć. Niech nie boli tak blisko serca, niech to nadal wina kręgosłupa, błagam. Już mi dość lekarzy i szpitali. Przepraszam Tato. Następnym razem spotkamy się w domu. Jestem tchórz, wiesz. Tak staram się nie rozpłakać na widok kabli i dźwięk monitora. Kogo mam winić. Tato, zabrano mi połowę Ciebie. Nie wiem co będzie, jak zabiorą całego. Niech oddadzą, błagam. Przecież jeszcze jest nadzieja. Mam waniliowy moment i znajomy ból. Niech boli. Przynajmniej czuję, że jeszcze żyję. Tylko zostaw serce. Niech to będzie kręgosłup, nie serce, błagam. Tak pachnie, a tak boli żeby poczuć. Mam nowy początek tej jesieni. Niespodziewanie dobre wyniki matury. Pierwszą wakacyjną pracę i marne wynagrodzenie. Niespełnione marzenia, ale przyszłościowe studia blisko domu. Mimo wszystko jestem szczęśliwa. Za mało mi mówisz, że mnie kochasz. Może za dużo chcę. Jeszcze więcej tęsknię. Bardzo mnie boli. Musiałbyś być cały czas, bo mnie ciągle coś nie tak. Nie chcę tych białych tabletek. Jedna to za mało, a więcej mi nie wolno. Muszę sobie zabronić. Tak polubiłam wodę. Jeszcze uczę się jej ufać. Ten codzienny szum autostrady mam zamiast morza. Nie boję się wypaść z okna, choć to niebezpiecznie tak siedzieć. Zawsze mruczysz jak mi smutno i łaskoczesz wąsami. Czytam Borszewicza. Tyle nienawiści w jego miłości do Nieobecnej. Też tak kocham.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Więcej takiego lata

Gdzie trzech pijanych tam ja trzeźwa. Dla takich chwil warto. Szkoda zapomnieć gwałtownej ulewy, ogniska na skraju lasu czy popisów wokalnych pijanych facetów. Brunatne niebo nad nami i chmury tytoniowego dymu. Przed północą był spacer środkiem lasu do obalonego drzewa. Jeden trzymał drugiego, żeby się nie zgubić, a tylko nikłe światło komórki wskazywało drogę. Wejść na pień nie trudno, zejść jeszcze szybciej, ale boleśniej. Jeszcze deszcz padał z liści, pięknie pachniało. 
Tak lubię spać w twoim łóżku, zasypiać w zapachu po tobie. Tak lubię ciebie we mnie, twoje pijane spojrzenie i rozchylone wargi. Łaskoczesz brodą w policzek, mam twoje usta na czole, na dobranoc. Tak łatwo zasnąć o świcie i przespać deszcz.

czwartek, 18 czerwca 2015

Taki zwykły zeszyt

Wiesz co myślę? Nowy pamiętnik ci potrzebny. Taki zwykły zeszyt, co byś go nie żałowała za swoje pismo. Chociaż nie wiem co ci w nim przeszkadza, normalne literki. Od początku mówiłam, że tak by było lepiej. Ale ty nie. To teraz zbieraj te kartki. Mnie nie pytaj, gdzie tamten wiersz. Ja wszystkiego nie wiem. Posprzątaj to, wyrzuć tamto. Po co ci to, ledwo czytelne, zalałaś łzami. Ja wiem, że tobie to szkoda nawet takich chwil. A mnie jest szkoda ciebie. Ja ci pomogę. Jakbyś nie chciała to już mnie nie ma, a widzisz - jestem. Co tam masz? Twoją mamę? Piękna. Już trochę wyrosłaś z podobieństwa, chociaż nadal masz jej spojrzenie. Pamiętasz jak jej nie lubiłaś? To zapomnij. Nie ma lepszej przyjaciółki. Tylko nie każ jej tyle nad tobą płakać. Wiesz, że ona chce dobrze. Kwiaty zostaw. Ach, więc to ta róża. Miło mieć o kim pisać wiersze. Zawsze jak go wspomnę, to tak się uśmiechniesz. Ile miesięcy już go kochasz? Dłużej niż rok, kochana. Ja to wiedziałam prędzej. Mam dar do miłości. Nie boli ostatnio, prawda? Widzę, że spokojniej oddychasz. Patrz jak ci włosy urosły. Nie ścinaj już, daj im trochę odrosnąć. Teraz też mi się podobasz, ale dłuższe zawsze ładniejsze. Oczy masz jakby zieleńsze, zauważyłaś? Ja już pójdę, kochana. Poradzisz sobie, prawda? Oczywiście, że sobie poradzisz.

Mam stare listy i fotografie. Chcę nowych. Napiszę na każdy adres, który dostanę. Poznam nowe miejsca, które sfotografuję. Zamiast wspominać, zacznę tworzyć kolejne wspomnienia. Tyle chcę zobaczyć, tyle poznać. Obawiam się przyszłości i żałuję przeszłych chwil, ale tylko na teraz mam wpływ.


Chętnych do korespondencji proszę o wiadomość na samo_gloska@wp.pl.

wtorek, 16 czerwca 2015

Chwile w pudełkach

Mam chwile w pudełkach, dni na kartkach. Czytam je teraz i uśmiecham się na wspomnienia. Mogłabym zamieszkać na balkonie, tak mi tu wygodnie. Mam cień na książkę, nogi w słońcu i kota obok. Tyle szczęścia w futrze.








Brakuje mi listów, a potrzebuję się komuś wypisać.

niedziela, 14 czerwca 2015

Podobają mi się moje nogi. Opalone i wcale nie chude. Siniaki już zagoiłam, ale blizny na kolanach mi zostaną. Pamiątki upadków. Pamiętam, jak raz nie wstałam. Rodzeństwo zabrało mnie z drogi i zaniosło na rękach do domu. Mama krzyczała, a ja płakałam. Pachniało krwią i panthenolem. Potem sąsiadka przyniosła gofry ze śmietaną i truskawkami. Posadzili mnie w fotelu i powoli jadłam, obserwując jak rodzeństwo gra na pegazusie. Już nie płakałam, już nie bolało. 

Dziękuję Wam. 

środa, 10 czerwca 2015

Chyba piję za dużo kawy. Trochę bym zapaliła, ale wiem, że mi nie wolno. Chociaż oddychanie mniej boli ostatnio. Mimo to rehabilitacji nie odwołuję. Może mnie naprawią trochę bardziej. Czasami mi się tak stanie jak teraz, że swobodnie potrafię się wypisać. Innymi razami mam problem z pojedynczymi zdaniami, słowa mi w nich nie pasują. Tak bym chciała choć raz napisać coś bez skreśleń, a cały czas się mylę. Trudno, chyba taka moja natura. Akceptować to czy zmienić? Nie wiem. Trochę sobie popłakałam przed chwilą. Przy bracie, akurat przyjechał. Nie chciałam, ale nie panuję nad łzami. Próbuję się tego nauczyć, ale im bardziej się staram, im mocniej gryzę się w język i wbijam paznokcie w skórę, tym bardziej szklą mi się oczy. A błyszczą niesamowicie, nawet bez łez widać, że płaczę. Nie umiem decydować, nienawidzę wręcz. A tyle się teraz ode mnie wymaga. Wszyscy chcą wiedzieć, a ja nie wiem. Nie mam pojęcia co dalej. W ogóle nie widzę swojej przyszłości. Wiem, że nie ja jedna. Wiem, że powinnam wziąć się w garść i wreszcie zacząć robić coś ze swoim życiem. Wszyscy tak mówią. Ale ja tak nie umiem. Ja tylko potrafię płakać i chorować. W chorowaniu jestem najlepsza. To nie to płuco teraz mi dokucza, ale oko. Każdy okulista mówi co innego, już nie wiem komu wierzyć. Nie boję się oślepnąć. Już kilka lat temu się z tym pogodziłam, jak tylko usłyszałam, że z moimi oczami jest coś nie tak. Boję się tylko, że nie zdążę zobaczyć. Bo jeszcze niczego nie widziałam, a tyle chcę. Tylko chcieć to nie zawsze móc. Tu już nie chodzi o pieniądze, tylko o głupie myślenie i mój brak odwagi. Bo mogłabym. Ale nie potrafię. Siedzi coś we mnie. Jest tam od dawna i odejść nie chce. Czasami myślę, że odchodzi, ale tak nie jest. Czasami jest mi tak szczęśliwie, że tego nie czuję. Jak się smucę, to to coś jest drżeniem rąk, łzami, szlochem, tępym bólem głowy, który zawsze dopada mnie po płaczu. Jak mogłam płakać przy bracie. On widział moje łzy tylko jak się przewróciłam. Sam mi je ścierał. Z takich powodów się płacze, z takiego bólu. Nie wiem co się powinno robić z bezsilności, ale na pewno nie płakać. To nie tak, że ja siedzę i nic nie robię. Szukam pracy, rejestruję się na studia, ale to coś we mnie mówi mi ciągle, że to bez sensu, że po co to, że i tak nie zdałam matury, że szkoda tych pieniędzy na opłaty rekrutacyjne, że szkoda płacić za kolejny kurs, bo prawa jazdy i tak nie zdam. To nie ja. To to coś we mnie. Taka inna ja. Która tam siedzi i mnie dobija. Znowu zaczęło mnie boleć, właśnie teraz, To ona mnie boli. To ona jest powodem tego drżenia, tych za głośnych oddechów, tych pieprzonych łez, nad którymi nie panuję. Ja tego nie nazywam depresją, choć może nią jest. Ja tego w ogóle nie nazywam, bo nie wiem jak. Nie wiem czym to jest, ale wiem jak mi szkodzi. Ale kim ja jestem, żeby wątpić w siebie - mam te słowa na ścianie. Zawsze się zdarza, że czytam je po płaczu. Nic nie pomagają. Tylko jeszcze mi smutniej, bo sama to tam nakleiłam, bo miało mnie motywować, bo miało pomagać. Ze mną jest coś nie tak, widzę to po sobie. Zawsze tak było, ale teraz to już wybitnie. Nie chcę tego czytać drugi raz, nie teraz, może kiedyś. Dlatego nie drę kartek. A może powinnam to wszystko spalić. Ale nie umiem. Bo mnie jest szkoda nawet takich chwil.

niedziela, 7 czerwca 2015

Gdzieś między wierszami

Lubię poranki po księżycowych nocach, kiedy wieczór mam cały jasny. Dużo nie śpię, bo szkoda chwil. Spojrzeń mi żal odrywać od nieba, a bolą za długie. Piękny ten błękit. Mam wody po brzuch, jak się kładę to łaskocze w uszach. Grzeje mnie po twarzy. Więcej wiatru chcę we włosach.
Tak sobie obiecałam robić rzeczy osobno. Jeść po jednym kawałku. Tyle mam do spróbowania.
Patrzę na świat w twoich oczach, a ty mówisz żebym przestała. Kiedy mi tak trudno. Księżyc dojrzał. Wczoraj jeszcze nieśmiało nam świecił. Chyba olcha nad nami. Przyjemnie tak leżeć na sianie. Kochasz? Nie mów - w oczach słyszę.

wtorek, 2 czerwca 2015

Nie przejmując się ulotnością

Przepiękna jest ta lekkość moich myśli, swoboda działań i spokój umysłu. Dawno nie czułam się tak błogo. Pozbawiona jakichkolwiek obowiązków, całe dnie spędzam pod gołym niebem. Dzięki siostrzeńcom, z których powodu mam w ogrodzie trzymetrową zjeżdżalnię, przeżywam swoje drugie dzieciństwo. Biegam boso pośród wysokich polnych traw, zbierając bukiety kruchych dmuchawców; głową w dół zwisam z huśtawki, podziwiając świat w rewersie; ufnymi palcami głaszczę wąsate pyszczki śnieżnobiałych królików, a późnymi wieczorami, chłonąc niczym niezaburzoną ciszę, odczytuję Poświatowskie opowieści.  
Pragnę jak najszybciej rzucić się w ramiona Pana Poety. Przyniesie to korzyści nam obu, bo samotność porządnie mąci nam w głowach. Niczego nie planuję, nie wybiegam w przyszłość. Myślę o trwającej chwili, nie przejmując się jej ulotnością.

Mam zeszłoroczny maj w tym czerwcu. Nadrabiam wschody, spaceruję zachodami, chłonę zapachy i smaki. Zbieram słowa, maluję nimi obrazy dla wyobraźni. Mnóstwo ich już mam i myślę co więcej z nimi zrobić. Znowu czytam Nabokova, z Poświatowską rozmawiam wieczorami. Modlę się do niej częściej niż do Boga. Mam Poetę. Pocałunki w szyję, ciepły oddech za uchem i pijane spojrzenie. Częściej wkładaj marynarkę, bo lubię takiego przyszłego prawnika. Pojedziemy do Pragi, gdzie mieszkał Kafka. Spełnisz moje marzenie. Mam kota, pana boga w futrze. To jej pierwsze burze. Jeszcze nie zna pieśni chmur, ucieka przed ich łzami. Tuli się do mnie jakbym miała ją ochronić, łaskocze uchem po brodzie, z każdym grzmotem mocniej wbija się w skórę. To nic, te krwawe kreski. Jak się kocha, to nie boli. Jeszcze odkładam decyzje, choć na rachunkowość już się zarejestrowałam. Jeszcze grzeję stopy słońcem i pozwalam włosom opadać na oczy. Myślę o trwającej chwili, nie przejmując się jej ulotnością.

czwartek, 28 maja 2015

Jako że odczulacze zaczynają przynosić efekty i alergia mniej boli, wreszcie mam siły zabrać się za siebie. Chęci nadal mało, jednak upływ czasu skutecznie mnie motywuje. Przejrzałam oferty pobliskich i tych dalszych uczelni i ostatecznie zdecydowałam się na kilka kierunków. Marzeń nie spełnię, bo nie po drodze mi na filologie romańskie, więc pogodzona z losem złożę papiery na socjologię, dokładnie na pracę socjalną, po której nie wiem czy cokolwiek osiągnę, choć z własnego doświadczenia wiem, że pracownicy socjalni się przydają. Mama widzi mnie na rachunkowości, na którą mam najbliżej, ale z którą nie mam nic wspólnego. Co więcej, marne szanse się tam dostać, bo pod uwagę biorą maturę z matematyki. Tylko dojazd mi odpowiada, a to niestety jest głównym kryterium. Na akademik może byłoby mnie stać, ale to rozwiązanie najmniej biorę pod uwagę. Ostatecznie mam jeszcze filologię słowiańską, czeski z rosyjskim przez pół roku, potem wybiera się jeden język. Podoba mi się takie rozwiązanie, podoba mi się rosyjski, którego podstawy powoli poznaję. To najchętniej bym studiowała, ale tutaj pojawia się problem z dojazdem. Autobusy niby są, ale jednym nie dojadę. Zresztą i tak czekają mnie przesiadki. Uniknęłabym tego wszystkiego, ba! nawet miałabym więcej możliwości, gdybym tylko posiadała te cholerne prawo jazdy. Tymczasem, rodzice tylko wspomnieli, że po maturze obiecywałam ponowne starania o ten kawałek plastiku, co wystarczyło, że prawie załamałam się na nowo. Siedem porażek wystarczyło, bym straciła wszelką wiarę w siebie. A mieszkając na wsi, prawo jazdy potrzebne mi jest obowiązkowo.
Pytam internet co zrobić z życiem?. Artykułów na ten temat pełno, nie ja jedna mam taki problem. Tyle, że piszą ludzie, którym się udało. Szczęściarze. Wszelkie psychotesty mówią, że z duszą humanisty mam tworzyć i działać w tym kierunku. A jak na ironię z zawaloną maturą z polskiego (okaże się, czy w ogóle zdaną), nie mam szans na dziennikarstwo czy sztukę pisania (istnieje taki kierunek). Już mi minęła radość ze skończenia liceum. Już nie chcę być dorosła. A jeszcze nawet nie zaczęłam.

wtorek, 26 maja 2015

Gwałtownie wydostaje się z nas światło, światło z impetem się w nas wlewa.

Trochę jestem jak Margo. Uciekam, buntuję się, ścinam włosy. W poezji szyfruję myśli, zostawiam ślady. W myśl idei papierowe miasto dla papierowej dziewczyny szukam swojego miejsca. Kreuję siebie na papierze, istnieję w wyobraźni. Ludzie myślą, że nie żyję, a ja muszę odchodzić. Odchodzenie jest przyjemne i czyste, tylko kiedy zostawia się za sobą coś ważnego, coś, co miało dla nas znaczenie. Kiedy wyrywa się życie razem z korzeniami. Ale tego nie da się zrobić, dopóki nasze życie nie zapuści korzeni. Wyrwałam korzenie. Zapuszczę się ponownie, gdzieś indziej, pośród innych. Tego mi trzeba i wiem, że tak dla mnie lepiej. Tak trudno jest odejść - dopóki się nie odejdzie. A wówczas to najłatwiejsza rzecz pod słońcem. 
Moje życie jest powieścią drogi. Będę pisać póki starczy stron.

Zdumiewające, jak wiele może książka. Wypożyczyłam, bo znany autor, bo nawet film ma być, a jak już przeczytałam, to postanowiłam książkę kupić, zaznaczyć ważne fragmenty, czasami nawet całe strony i wracać do nich w tych gorszych momentach. Green napisał mi biblię, i to już jakiś czas temu, a ja dopiero teraz ją doceniłam. Odkryłam tę książkę w idealnym momencie mojego życia. Pozornie banalna historia, a pełna życiowych sentencji. Powieść o buncie, zemście, odchodzeniu, pożegnaniach i nowych początkach, tym są Papierowe miasta.

(...) w którymś momencie będziesz musiał przestać wpatrywać się w niebo, bo inaczej pewnego dnia spojrzysz z powrotem w dół i zorientujesz się, że ty także uleciałeś gdzieś w przestworza. A ja nadal zadzieram głowę do góry i nie wiem co dalej. Za dużo mnie czeka. Za bardzo się boję.

wtorek, 19 maja 2015

Takie wczoraj

Długo by opowiadać tamten miesiąc. Skończyłam szkołę, dopiero w ostatnim tygodniu poznając lepiej klasę. Prawie napisałam maturę, bo został mi jeszcze hiszpański. Poradziłam sobie z ustnymi egzaminami lepiej niż się spodziewałam. Jednak szykuję się na poprawkę. Postanowiłam znowu walczyć o prawo jazdy. Nie wiem co gorsze, mieć samochód i nie móc nim jeździć, czy mieć prawo jazdy a nie mieć auta. Skróciłam włosy i pierwszy raz jestem zadowolona ze swojej fryzury. Jedni twierdzą, że wyglądam młodziej, inni, że dojrzalej. Nie wiem kogo słuchać. Od dwóch tygodni sypiam z kotem. Ma ogromne niebiesko-zielone oczy i trójbarwne umaszczenie, które ponoć świadczy o specyficznym charakterku zwierzęcia. Znowu piszę wiersze, więcej czytam, słucham i oglądam. Przyzwyczajam się do bólu. Wracam.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Zasłaniam nagość drżącymi ramionami. Nie z zimna, a z powstrzymywanego płaczu. Wyszła szybko nie zamykając drzwi. Słyszę, jak ucichli kolejni pacjenci. Tłumią kaszel i płaczące dzieci. Lekarka zwołała wszystkie pielęgniarki z piętra. Każdej z osobna pokazuje moje plecy. Dotykają mnie obce dłonie; jedne chłodne, drugie ciepłe, kolejne w rękawiczkach. Każą mi złożyć ręce na brzuchu i zdecydowanym ruchem ciągną za ramiona. Nadgarstkiem ugniatają kręgosłup, na głos liczą kręgi i pytają, od którego zaczyna boleć. Jeszcze raz mam stanąć prosto, unieść ręce i zrobić skłon. Jeszcze raz szepczą między sobą i pytają, czy naprawdę nigdy nie miałam wypadku i czy żaden lekarz nigdy tego nie zdiagnozował. Jeszcze raz powtarzam. Mam usiąść i słuchać.

Bolesne oddechy zawdzięczam skomplikowanemu skrzywieniu kręgosłupa. Gołym okiem go nie widać, stąd też nikt, tym bardziej ja, nie spodziewał się u mnie takiej przypadłości. Leczona miałam być od dziecka, bo wtedy to się zaczęło, ale nieudolni lekarze, przepisujący chorym te same recepty i wypełniający karty bilansu na odczepne, nigdy tego nie zdiagnozowali. Dostałam lek, który przepisuje się ludziom po wypadkach i operacjach, ulotkę w większości zajmują przeciwwskazania i opisy skutków ubocznych. Jak wyczytałam na skierowaniu, męczy mnie chroniczne zapalenie okolic międzyżebrowych. Kręgosłup mam pod łopatką, która jest pięć centymetrów wyżej od drugiej. Stąd bolesny ucisk po prawej stronie. Strach pomyśleć, gdyby kręgosłup znalazł się pod lewą łopatką. Podobną różnicę mam między wysokością bioder. W przyszłości mogę mieć problemy z porodem.

Pod koniec lipca zaczynam rehabilitację. Nie było wcześniejszych terminów. Do tego czasu muszę zadbać o siebie sama. Jak tylko infekcja ustąpi iść na basen i nauczyć się pływać żabką. Ćwiczyć ramiona i biodra, bo z tymi problemy dopiero się zaczną. Potem zadbać o serce. Lepiej już nie będzie, może być tylko gorzej.

Obawiam się, że bez kolejnej wizyty się nie obędzie. Obym miała szczęście i trafiła na tę samą lekarkę. Męczy mnie kaszel, który dodatkowo nadwyręża moje płuca. Bolą wszystkie kości, kręgosłup szczególnie. Mam dwutygodniową nieobecność w szkole, nie wspominając już o zbliżającej się maturze. Nie umiem się uczyć. Większość czasu śpię, tak boli.

Znam już przyczynę, mimo to nie czuję ulgi. To tylko kolejny problem. Czuję się winna swojej przypadłości. Przynajmniej tak traktują mnie w domu. Córka kaleka. Tym razem nie zamierzam tego tak zostawić. Skierowanie już zaniosłam, załatwiłam rehabilitacje. Trochę odetchnęłam, choć wszystko przede mną.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ponad godzina po północy. To nie wyjątkowa jasność księżyca jest powodem mojej bezsenności. Boję się zasnąć. Boję się nie obudzić. Tak cicho bije serce, tak bolą oddechy. Słyszę zegary i samochody. Autostrada szumi jak morze, które tak bardzo chciałabym zobaczyć ponownie. Tylko raz je widziałam, tak dawno, dziewięć lat temu. Pamiętam jak śpiewało. Teraz słucham samochodów. Potrzeba mi tylko świeżego powietrza. Od reszty mam wyobraźnię.
Już boli trochę mniej. Trochę głośniej słyszę serce. Lekarz nie wie, ale jutro znowu zapytam. Może będzie już wiedział. Może po prostu jestem chora. Wystarczy antybiotyk i przejdzie. A może na to nie ma lekarstwa. Można wyleczyć strach? Kiedy ja się nie boję. Nie o życie, choć gdy serce zwalnia nie chcę, by stanęło. Śmierci się nie boję. Ale tego, co będzie po niej. Samotności też się nie boję. Ja to nazywam świętym spokojem. Tylko boję się, że mnie zapomną. Że krótko będą płakać albo w ogóle. Kiedyś chciałam zostać i zobaczyć ich łzy. Ale już widziałam, jak mama nade mną płacze. Teraz często. Żadnego pożytku z najmłodszej. Jednak kocha, bo po tych łzach wściekłości płyną smutku. To dobre łzy. Często je wylewam. Choć ostatnio już mniej. Nie można ciągle płakać. Jak płaczę, to nie widzę, a i tak widzę coraz mniej. Jeszcze tyle chcę zobaczyć. Z siostrą dzisiaj o tym mówiłam. Włochy nam się marzą. Mnie jeszcze Paryż i Londyn. Jeszcze nigdzie nie byłam, mało widziałam. Jeszcze chcę zobaczyć. Chcę zdążyć zobaczyć.
Księżyc nie zgasł. To tylko chmury. Ale ciemniej się zrobiło. Ciebie mniej się zrobiło. Nie mamy czasu, nie mamy zdrowia. Chęci też mniej. Chociaż chciałabym. Teraz. Właśnie teraz. A mieć nie mogę. Nawet nie przytulaj ani nie całuj, bo mnie rozpraszasz ustami. Bądź po prostu. Oddychaj ze mną gdy tak boli. Mów mi, bo ostatnio strasznie milczysz. Nie chcę za dużo. Trochę wystarczy. Już mnie wziąłeś i już mnie masz. Nie chcę siebie z powrotem. I tak, już się nie da zwrócić. Oddałam duszę i ciało. Miej je sobie. Tylko kochaj. Jak nie cały czas, to chociaż czasami.
Nie boli. Biję i oddycham w swoim rytmie. Niespokojnym i poszarpanym, ale to mój rytm. Zasnę teraz. Jeszcze się boję ale już mniej. Pójdę brzegiem morza. Będę widzieć żółte niebo i dłonie mieć żółte piaskiem. Stopy mieć głaskane falami. I słyszeć samochody.

niedziela, 5 kwietnia 2015

z mar twych wstań

Myślałam, że krzyż już mnie nie wzruszy. Choć pamiętam, gdy ze łzami w oczach pytałam mamę, dlaczego tak cierpiał. Jednak nie wyrosłam ze współczucia. Pamiętasz tamte listy? Ciekawa jestem, czy zdołałeś rozczytać drżącą dłoń. Nie odpisałeś.

Nie odpisałeś?...

Z MAR TWYCH WSTAŃ

Do mnie trzeba drukowanymi. Na czerwono najlepiej, w widocznym miejscu. Krótko i dobitnie.

Zabolało. Zasłużyłam. Dziękuję. Wstanę, choć znowu upadnę. Pójdę, mimo potknięć. Spróbuję jeszcze raz. A potem kolejny.

***

rok temu.
być może nie pamiętasz
jeszcze nieświadomi
zobacz ile przypadek może

wspominam twoje usta na moich
i czekam kolejnych pocałunków

środa, 1 kwietnia 2015

Łatwiej mi pisać o gorącej woni woskowych irysów, wietrznej melodii wieczornej i blasku niedojrzałego księżyca, niż wspomnieć ostatnie chwile. Więcej nie pamiętam, staram się usprawiedliwiać, samą siebie oszukując. Łatwiej zapomnieć, lecz nie sposób wszystkiego. Chciałabym zacząć od nowa, ale ileż początków już zmarnowałam. Zabawne, wystarczy kilka głębszych oddechów, by z taką łatwością wszystko sobie uzmysłowić. Ile szans już straciłam. Ile łez daremnie wylałam. Ostatnio już mniej płaczę, bo ileż można. Ze łzami nie umiem pisać. Słów nie widzę. Zresztą i tak widzę coraz mniej. Ciekawi mnie, jak długo jeszcze. Bolą mnie oddechy. Mocniejsze westchnienia szklą oczy. Wszyscy to bagatelizują, więc ja razem z nimi. Tymczasem czuję, jak coś zżera mnie od środka. Najwięcej potrzeba mi bliskości, a mam jej tak mało. Nie winię nikogo. Staram się cieszyć swoim towarzystwem, ale są dni, kiedy nie potrafię spojrzeć w lustro. Kiedyś nazywałam swój lęk, teraz już nie umiem. Sama nie wiem, czego się boję. Bo wszystkiego chyba nie można.

niedziela, 1 marca 2015

Od kilku dni dziewiętnastolatka. Nadal infantylna, introwertyczna ekscentryczka. W ostatni rok nastoletniości siebie nie odnajdę. Czy kiedykolwiek? Być może. Czy to źle błądzić? Skądże. Nieustannie odnajduję nowe ścieżki. Wędruję boso, tak najlepiej. A spacerów mi potrzeba. W świeżości przedwiosennego powietrza, w chłodnych wschodach słońca...

Odezwę się po wszystkim.


wtorek, 10 lutego 2015

Chciałaś ze mną porozmawiać, to jestem. Trochę się przestraszyłam, że coś złego się stało, że znowu płaczesz, a ja nijak cię pocieszyć nie zdołam. Ale przychodzę, patrzę, a ty szczęśliwa. Chyba jak nigdy dotąd. Więc pytam - co ci? a ty, że tak wspaniale i że sama nie wiesz. Marlenka ma rację, pięknie się uśmiechasz. A jeszcze cudniej się rumienisz, jak ktoś cię skomplementuje. Kochana, ale powiedz ty mi, skąd tyle uśmiechu? Bo to dobrze, ale tak nagle trochę niepokojące. Weź więc odetchnij, aj! szklą się oczy. Boli, prawda? Idź z tym wreszcie do lekarza, błagam ja ciebie. Ale mów już, bo niecierpliwisz człowieka. Że śnieg taki biały, zima taka piękna? No, zgodzę się. Urokliwa pora. Uśmiechy nieznajomych takie szczere, miły pan w autobusie, siostrzeńcy tak ciocię kochają? A jak tu nie kochać. Z siostrą się bratasz? Mówiłam, że będzie ci jak mnie Margosia. Tylko czasu trochę. Kawa ci smakowała? W takim towarzystwie to wiadomo. Urocze dziewczątka, musisz mnie kiedyś z nimi poznać. On tak bez powodu? To pięknie. Ty się nie dziw, że kocha. Ja się mu nie dziwię. Oddychaj, kochana, bo mi cię szczęście udusi! Ale powoli, to nie zaboli. Mów dalej. Ach, pięknie pachnie, jak całuje! i śmieje się tak dźwięcznie. Ci poeci. Żartujesz?! Wiesz, miłość jest wtedy, kiedy mężczyzna pozwala ci prowadzić swój samochód. Tym bardziej bez uprawnień. Też nie miałam, a tata tak mnie chwalił jak prowadziłam! Tylko potem raz się przestraszyłam, ale to wiesz, opowiadałam ci. No, mów jeszcze. Już nic? Kochana, ty aż się trzęsiesz ze szczęścia! Takie różowe policzki, oczy takie błyszczące! Pięknie ci wesołej. Wiesz jak mnie uśmiechnąć.
    

niedziela, 1 lutego 2015

Spójrz jak ciężko lekko żyć

Najbliższe dwa tygodnie spędzę na intensywnej nauce. Odpocznę dopiero po zdanych egzaminach. Do matury zamierzam regularnie powtarzać i nadrabiać zaległości z trzech lat. Planowałam wykreślić z deklaracji ustny hiszpański i rozszerzony polski, ale ostatecznie postanowiłam pójść na żywioł. Może akurat. Nadal nie wiem co dalej. Wszystko zależy od ciągle niezdanego prawa jazdy. Gdybym miała jak dostać się do miasta, byłoby mi o wiele łatwiej. Tymczasem muszę dostosować się do komunikacji miejskiej, która nie jest mi na rękę. Czeka mnie mnóstwo przesiadek i zmarnowanego czasu. Nie stać mnie na wynajmowanie mieszkania, choć z drugiej strony tyle samo wydam na dojazdy. Studiowanie nie zapowiada się kolorowo. Powiedzmy, że mam trzy pomysły na siebie. Pierwszy to filologia, jeszcze nie wiem jaka, ale języki to jedyna dziedzina, która nie sprawia mi problemów. Chciałabym kontynuować naukę hiszpańskiego, ale i rozpocząć przygodę z francuskim. Od biedy mógłby być angielski. Na takim kierunku byłoby mi najłatwiej. O psychologii raczej mogę zapomnieć. Marne szanse, że się dostanę. Myślałam jeszcze o fizjoterapii, ponoć nadawałabym się.